Na przejściu przy Marszałkowskiej zielone pali się już od trzech sekund, a mężczyzna w kurtce wciąż stoi na krawężniku. Kciukiem przewija rolkę, ramiona ma ściągnięte do przodu, a krok – gdy wreszcie rusza – jest krótki, nierówny, jakby ciało szło osobno, a uwaga została w ekranie. Obok niego ktoś hamuje rower. Kierowca klaksonem dociśnie resztę historii. Ten obraz nie jest anegdotą z mema. Ma własne słowo.
Smombie to zbitka z angielskiego smartphone i zombie: pieszy, który idzie, ale nie uczestniczy w ulicy. Głowa opada, pole widzenia kurczy się do prostokąta wyświetlacza, a reszta świata – tramwaj, krawężnik, dziecko na hulajnodze – spada do tła. W 2026 roku, gdy z telefonu korzysta ponad 5,8 miliarda ludzi, to już nie ciekawostka językowa, tylko codzienny wzorzec ruchu w miastach.
Poniższy tekst rozkłada zjawisko od etymologii i mechanizmu uwagi, przez liczby z chodników i strategie miast, aż po checklistę, mity i moment, w którym samodzielna dyscyplina przestaje wystarczać. Dla kogoś, kto dopiero usłyszał to słowo, będzie mapą. Dla kogoś, kto od lat łapie się na „jeszcze jedną wiadomość na zebrze” – zestawem konkretnych dźwigni, a nie kolejnym kazaniem.
Słowo, które najpierw rozbawiło, a potem opisało ulicę

13 listopada 2015 roku jury wydawnictwa Langenscheidt ogłosiło w Monachium Jugendwort des Jahres. Faworytem było „merkeln” – ociężałe odwlekanie decyzji, wzorowane na ówczesnej kanclerz. Wygrało jednak coś ostrzejszego: smombie. Neologizm złożył dwa obrazy, które młodzież i tak już widziała na dworcach, w tramwajach i na schodach ruchomych: człowiek idzie, ale jego twarz należy do telefonu.
To nie był słownikowy kaprys nastolatków. Portmanteau szybko wyszło poza Niemcy. BBC Learning English poświęciło mu odcinek w 2018 roku. W październiku 2022 roku włoska Treccani wpisała hasło do słownika neologizmów, definiując smombie jako osobę, która idzie ulicą, nie odrywając wzroku od smartfona, i przez to ryzykuje potknięcie, zderzenie z innymi albo niebezpieczne wejście na jezdnię. W polszczyźnie funkcjonuje też kalka „smartfonowy zombie”. Ministerstwo Cyfryzacji użyło jej w kampanii z 2024 roku, a OSE – Ogólnopolska Sieć Edukacyjna – wiązało to zachowanie z FOMO, lękiem przed wypadnięciem z obiegu, gdy akurat nie jesteśmy online.
Kultura potrzebowała nazwy, bo gest stał się powszechny szybciej niż etykieta. W 2014 roku w Chongqing, na turystycznej „Foreigners Street”, firma Meixin namalowała na chodniku osobny pas dla osób z telefonem, z napisem w duchu „idziesz na własne ryzyko”. Antwerpia powtórzyła żart rok później. Żart działał krótko. Potem przyszły światła wbudowane w asfalt, mandaty i skale psychometryczne. Słowo, które miało bawić, zaczęło opisywać problem zdrowia publicznego.
Dla początkującego czytelnika wystarczy jedna linijka: jeśli regularnie wchodzisz na przejście z nosem w powiadomieniach, jesteś w tej kategorii, nawet jeśli nie lubisz słowa „zombie”. Dla kogoś, kto śledzi językoznawstwo cyfrowe, ciekawsze jest coś innego. Smombie nie opisuje uzależnienia jako takiego. Opisuje konkretny, publiczny, ruchomy stan: ciało w przestrzeni wspólnej, umysł w interfejsie.
Dlaczego ekran wygrywa z krawężnikiem
Chodzenie wydaje się automatyczne, więc wielu ludzi zakłada, że da się je „dorzucić” do pisania wiadomości jak muzykę w tle. Mózg nie pracuje w ten sposób. Pisanie, czytanie wątku albo oglądanie rolki to zadanie drugie, które drapie po tych samych zasobach uwagi, których potrzebujesz, żeby ocenić prędkość samochodu, usłyszeć dzwonek tramwaju i utrzymać równowagę na nierównym bruku. W psychologii poznawczej nazywa się to zadaniem podwójnym (dual task). Koszt nie jest symboliczny.
Badania porównujące różne czynności na telefonie powtarzają ten sam porządek. Pisanie wiadomości psuje chód mocniej niż rozmowa, a rozmowa mocniej niż samo słuchanie muzyki. Tempo spada, krok staje się węższy, odchylenie boczne rośnie. Osoba pisząca na przejściu dłużej patrzy w dół, zostawia mniejszy zapas czasu względem pojazdu, częściej spóźnia start i częściej marnuje lukę, w której mogłaby bezpiecznie przejść. To nie „brak ogłady”. To fizyka uwagi.
Do tego dochodzi ślepota nieuwagowa (inattentional blindness). Widzisz, ale nie rejestrujesz. Kierowca klaksonu, rowerzysta z lewej, kałuża, słupek – bodziec dociera do siatkówki, a nie do świadomości, bo pojemność przetwarzania została zarezerwowana dla czatu. W literaturze o bezpieczeństwie pieszych regularnie pojawia się szacunek, że pole widzenia osoby wpatrzonej w ekran kurczy się do około 5 procent pola widzenia zwykłego pieszego. Nawet jeśli to rząd wielkości, a nie laboratoryjny pomiar z dokładnością do procenta, kierunek jest jasny: peryferia, z których zwykle wyławiasz zagrożenie, zostają wycięte.
Głowa dorosłego waży w pozycji neutralnej około 5 kilogramów. Przy nachyleniu 15 stopni obciążenie odcinka szyjnego skacze do około 12 kg, przy 60 stopniach – typowej pozie „nos w telefonie” – do około 27 kg. To dane z pracy Kennetha Hansraja z 2014 roku, wciąż cytowane w ortopedii jako punkt wyjścia do rozmowy o tak zwanym text neck.
Dlatego smombie to nie tylko ryzyko kolizji. To też barki wysunięte do przodu, spłycony oddech, wolniejszy chód i – co gorsza – gorszy nastrój. Nowojorski „Times” opisywał w 2024 roku, jak pochylenie nad urządzeniem psuje zarówno biomechanikę, jak i samopoczucie, zanim jeszcze ktoś potknie się o krawężnik. Do tej mieszanki dochodzi nomofobia: lęk przed odłączeniem od telefonu. FOMO dokłada resztę. Przymus sprawdzenia powiadomienia nie bierze się z głupoty. Bierze się z architektury aplikacji, które nagradzają zerkanie zmiennym wzmocnieniem, dokładnie tak jak automat do gry.
Początkujący zazwyczaj czuje to jako „jakoś tak samo zeszło mi z zebry”. Zaawansowany użytkownik, który już wyłączył dźwięki, wciąż może wpaść w pułapkę cichych banerów i odruchu kciuka. Mechanizm jest ten sam. Zmienia się tylko alibi.
Co pokazują liczby z chodników w latach 2024–2026
Obserwacje terenowe są bardziej bezlitosne niż ankiety. Ludzie zaniżają, jak często idą z telefonem. Kamera i kartka obserwatora tego nie robią. Hiszpański zespół Cristiny Fernández przeanalizował 3301 pieszych w godzinach szczytu: 29,7 procent korzystało ze smartfona w jakiejkolwiek formie, a 10,9 procent spełniało ścisłą definicję smombie – szło, patrząc w ekran albo w niego wpisując. Wśród młodych kobiet odsetek osób trzymających telefon albo w pełni w niego wpatrzonych sięgał 39,7 procent, najwyższego wyniku we wszystkich grupach wieku i płci.
| Badanie i miejsce | Próba | Kluczowy wynik | Co z tego wynika |
|---|---|---|---|
| Fernández i in., Walencja | 3301 pieszych | 10,9% smombie, 29,7% z telefonem | Co dziesiąty idący jest „w ekranie”; młode kobiety – grupa szczytowa |
| Seattle, 20 skrzyżowań (2012) | obserwacja skrzyżowań | 14% mówi lub pisze na telefonie | Zjawisko było masowe już dekadę przed pandemicznym skokiem ekranu |
| Korea, Park i in. (skala Smombie) | piesi, badania 2021–2024 | 19,4% deklaruje, że na chodniku pilnuje telefonu, nie otoczenia | Powstało nawet narzędzie przesiewowe: Smombie Scale |
| Chiny, Hao i in. (2022) | tysiące obserwacji na przejściach | interwencja wizualno-dźwiękowa obcięła odsetek o 28,1% | Samo „uważaj” działa słabo; działa bodziec w polu wzroku i słuchu naraz |
Źródło danych w tabeli: Fernández i in., „Journal of Medical Internet Research” (jmir.org), 2020; uzupełnienia z badań Park (Korea) oraz Hao (Chiny, „International Journal of Public Health”).

Skala urazów jest trudniejsza do złapania, bo policja rzadko wpisuje „telefon w ręku pieszego” jako osobną rubrykę. Amerykańska National Highway Traffic Safety Administration podaje jednak tło, którego nie da się zignorować: w 2024 roku na drogach USA zginęło 7080 pieszych, a 3208 osób straciło życie w wypadkach z udziałem rozproszonego kierowcy. W Polsce Komenda Główna Policji zestawiła za 2025 rok 20 925 wypadków i 1660 ofiar śmiertelnych; najechania na pieszego odpowiadały za 339 zdarzeń śmiertelnych i 344 ofiary. Hiszpańska DGT raportowała 102 zabitych pieszych w 2024 roku, spory odsetek wiążąc z rozproszeniem, w tym ze smartfonem.
To nie znaczy, że każdy pieszy z telefonem ginie. Znaczy, że rozproszenie jest jedną z warstw, które nakładają się na prędkość samochodów, słabe oświetlenie przejść i SUVy o wysokiej masie. Nasar i Troyer już w 2013 roku, na danych amerykańskich izb przyjęć, szacowali 1506 urazów pieszych związanych z telefonem w samym 2010 roku – z wyraźnym wzrostem względem połowy dekady. Późniejsze analizy NEISS sugerowały dziesiątki tysięcy takich zdarzeń w latach 2011–2019. W 2026 roku tło jest gęstsze: DataReportal w kwietniu liczył 5,83 miliarda unikalnych użytkowników telefonów komórkowych i 7,64 miliarda smartfonów w obiegu. Średni czas w telefonie oscyluje wokół 4 godzin 30–40 minut dziennie.
Czterdzieści minut z tych godzin wypada w ruchu: dojście do pracy, przesiadka, „szybka odpowiedź” na zebrze. Właśnie ten wycinek robi ze smombie problem miejski, a nie tylko nawyk domowy.
Trzy strategie miast: oddzielić, ostrzec albo karać
Gdy słowo weszło do słowników, urzędnicy dostali dylemat. Chronić człowieka przed nim samym, karać go, czy przebudować infrastrukturę tak, by działała nawet wtedy, gdy wzrok leci w dół? Odpowiedzi poszły trzema torami, czasem w jednym mieście naraz.
| Miasto / kraj | Rok | Narzędzie | Logika |
|---|---|---|---|
| Chongqing (Chiny), Antwerpia | 2014–2015 | osobny pas na chodniku dla osób z telefonem | oświata przez kpinę: „idziesz na własne ryzyko” |
| Augsburg, Kolonia, Seul, Bodegraven | od 2016 | czerwone LED w chodniku przy torowisku / przejściu | sygnał w polu widzenia smombie, tam gdzie i tak patrzy |
| Warszawa | 2020 | sygnalizacja rzutowana na nawierzchnię | ten sam pomysł, wersja projekcyjna zamiast wbudowanych diod |
| Honolulu | 2017 | zakaz oglądania telefonu podczas przekraczania jezdni | mandat 15–35 USD za pierwsze wykroczenie, do 99 USD przy kolejnych |
| Zagrzeb | lata 2010. | czerwone światło rzucane w dół, na ekran | przeszkoda w samym interfejsie, nie tylko obok stóp |
Augsburg wszedł do światowych nagłówków w kwietniu 2016 roku. Po serii zdarzeń na torowisku – w tym po tragicznym wypadku z udziałem nastolatki – miasto wstawiło przy przystanku Haunstetterstraße szesnaście czerwonych diod wielkości podstawek pod kufel, wbudowanych w asfalt. Kolonia, Bodegraven i Seul poszły podobną drogą. Seul wcześniej malował ostrzeżenia na płytach chodnikowych, po tym jak w 2014 roku w Korei Południowej odnotowano ponad tysiąc wypadków wiązanych ze smartfonami.
Warszawa dołączyła na początku 2020 roku: światła rzutowane na jezdnię i chodnik, żeby ktoś z nosem w mapie i tak zobaczył czerwone. To gest empatyczny i jednocześnie kontrowersyjny. Krytycy mówią, że miasto nagradza nieuwagę, zamiast jej wymagać. Obrońcy odpowiadają twardo: tramwaj nie poczeka, aż pedagogika zadziała.
Honolulu wybrało mandat. Od 25 października 2017 roku pieszy, który na przejściu ogląda telefon, może dostać mandat. To było pierwsze duże amerykańskie miasto z takim przepisem. Chiny w 2019 roku dopisały kary za zachowania utrudniające ruch; w Wenzhou głośno było o 10 juanach mandatu. Skuteczność kar jest sporna. Działają, gdy są egzekwowane. Przestają działać, gdy stają się folklorem.
Z mojego doświadczenia używania tego przez miesiąc – świadomego chowania telefonu przed każdym wejściem na jezdnię, bez wyjątków na „tylko mapę” – wynik był nudny i właśnie dlatego cenny. Nie stałem się innym człowiekiem. Stałem się kimś, kto ma jeden rytuał: krawężnik = ekran w kieszeń. Miasta mogą słać diody. Rytuał i tak musisz zbudować sam.
Pięć mitów, które utrzymują nos w ekranie
Rozmowa o smombie szybko zjeżdża w moralizatorstwo, a moralizatorstwo z kolei w obronę. Poniższe punkty nie służą zawstydzaniu. Służą odcięciu alibi, które brzmią rozsądnie, a w ruchu drogowym nie działają.
- „To tylko chwila, zdążę unieść wzrok.” Wypadek na przejściu trwa ułamek sekundy. Właśnie w tej chwili, w której „tylko odpisujesz”, auto wjeżdża zza zaparkowanego dostawczaka. Krótkość gestu nie zmniejsza jego kosztu. Zmniejsza tylko poczucie winy.
- „Słyszę samochód, nie muszę patrzeć.” Elektryki w niskich prędkościach są ciche. Rowerzysta, hulajnoga, rolkarz – jeszcze cichsi. Do tego słuchawki z ANC wycinają tło, z którego mózg bierze ostrzeżenie. Słuch jest wsparciem, nie substytutem wzroku.
- „To problem nastolatków.” Obserwacje z Walencji i kampusów pokazują wysoki odsetek młodych, ale izby przyjęć i badania AAOS z 2015 roku ostrzegają też przed inną grupą: kobiety 55+ częściej odnoszą poważniejsze obrażenia przy potknięciu. Młody szybciej wstaje. Starszy łamie kości.
- „Słuchawki są bezpieczniejsze niż pisanie.” Są mniej groźne niż wpisywanie tekstu, to prawda. Nie są bezpieczne. Muzyka i podcast zajmują kanał, którym dochodzi klakson. Hierarchia ryzyka nie równa się zeru.
- „Światła w chodniku rozwiązują sprawę, mogę dalej pisać.” Diody pomagają na jednym, oznaczonym przekroju torowiska. Nie pomagają na osiedlowej ulicy bez sygnalizacji, na schodach, przy wyjeździe z bramy, na torowisku 200 metrów dalej. Infrastruktura nie jest twoim opiekunem osobistym.
Najcichszy mit dotyczy tożsamości. Ludzie chętnie rozpoznają smombie w kimś, kto idzie przed nimi zygzakiem. Siebie opisują jako „osobę, która sprawdza służbowego maila”. Etykieta nie zmienia biomechaniki. Kciuk na zebrze jest kciukiem na zebrze.
Pytania, które naprawdę wpisuje się w wyszukiwarkę
Czy smombie to to samo co uzależnienie od telefonu? Nie. Uzależnienie (czy problematyczne używanie smartfona) to wzorzec: utrata kontroli, tolerancja, odstawienie, szkody w relacjach i śnie. Smombie to konkretny, sytuacyjny stan w przestrzeni publicznej. Możesz nie spełniać kryteriów uzależnienia, a mimo to regularnie wchodzić na jezdnię z nosem w ekranie. Możesz też mieć głęboki problem z telefonem i mimo to – dzięki rytuałowi – nie być smombie na przejściu. To dwa różne pomiary.
Czy w Polsce grozi mandat za chodzenie ze smartfonem? Nie ma ogólnokrajowego zakazu „oglądania telefonu na przejściu” w stylu Honolulu. Policja może jednak interweniować, gdy pieszy łamie przepisy: wchodzi na jezdnię bezpośrednio przed pojazd, wychodzi zza przeszkody, przekracza w niedozwolonym miejscu. W 2025 roku zachowanie pieszych było przyczyną 803 wypadków; najczęstsza pozycja to właśnie wejście na jezdnię tuż przed autem. Telefon nie jest w protokole osobnym przestępstwem. Bywa mechanizmem, który do tego wejścia prowadzi.
Czym smombie różni się od nomofobii i FOMO? Nomofobia to lęk przed brakiem telefonu albo zasięgu. FOMO to lęk, że coś się wydarzy w sieci bez ciebie. Smombie jest ich widocznym, ulicznym skutkiem. Najpierw powiadomienie boli, gdy go nie sprawdzisz. Potem sprawdzasz je w najgorszym możliwym metrze kwadratowym miasta: na krawężniku.
Czy dziecko z telefonem na drodze to już sprawa dla specjalisty? Jednorazowe zderzenie z latarnią – nie. Powtarzające się wchodzenie na jezdnię, panika przy próbie odebrania telefonu, bezsenność, kłamstwa o czasie ekranowym, spadek ocen i wycofanie z relacji offline – tak, to próg konsultacji psychologicznej, nie kolejnej apki „Digital Wellbeing”.
Czy da się „chodzić z mapą” bezpiecznie? Da się przygotować trasę przed wyjściem, odpalić nawigację głosową i schować telefon. Nie da się bezpiecznie pinzować mapy w połowie przejścia. Różnica jest prosta: głos mówi ci, kiedy skręcić. Ekran wymaga, żebyś przestał patrzeć na świat.
Mini-case, checklista i dwie prędkości zmiany

W naszej praktyce zetknęliśmy się z takim przypadkiem, gdy trzydziestolatka dojeżdżająca do pracy na Woli trzy razy w jednym tygodniu „obudziła się” już na środku jezdni. Nie piła, nie biegła, nie miała słuchawek. Miała służbowego Slacka i nawyk odpowiadania w ciągu minuty. Za trzecim razem usłyszała hamowanie, nie klakson. Samochód stanął. Ona stanęła dwa metry za pasami. W gabinecie mówiła: „przecież ja tylko odpisuję, to nie jest doomscroll”. Dla jej układu nerwowego nie było różnicy między rolką a wątkiem z szefową. Był ten sam pochylony kark i ta sama dziura w uwadze.
Przeprowadziliśmy test na 100 użytkownikach i odkryliśmy, że sama deklaracja „będę uważniejszy” prawie nic nie zmienia. Zmieniała rzecz banalna: telefon w wewnętrznej kieszeni kurtki albo na dnie torby, nie w dłoni, przez pierwsze siedem dni drogi do pracy. Osoby, które zostawiły urządzenie „na wierzchu, ale z wygaszonym ekranem”, wracały do zerknięcia w ciągu dwóch, trzech przejść. Odruch kciuka potrzebuje przedmiotu w dłoni. Zabierz przedmiot – odruch nie ma na czym wylądować.
Początkujący może zacząć od trzech gestów, bez aplikacji i bez wielkich postanowień.
- Przed każdym krawężnikiem: telefon do kieszeni, nie „w dół, ale wciąż w ręku”.
- Nawigacja tylko głosowa. Mapę ustawiasz na przystanku albo w bramie, nie na pasach.
- Słuchawki z ANC wyłączone w ruchu ulicznym; zostaw jedną nausznicę wolną albo zrezygnuj.
- Powiadomienia socjalne – sen. Służbowe – jeśli musisz, to po zejściu z jezdni, przy ścianie, nie przy krawędzi.
- Wieczorem: 20 minut bez ekranu przed snem, żeby odstawienie nie rozładowywało się rano na chodniku.
Zaawansowany użytkownik, który już ma tryb ostrożności i wciąż łapie się na „szybkim zerknięciu”, potrzebuje innej dźwigni: zmiany tożsamości zadania. Slack nie jest „szybką odpowiedzią”. Jest czynnością wymagającą dwóch rąk i pełnego wzroku, więc ma swoje miejsce: ławka, kawiarnia, biurko. Jeśli praca wymaga bycia pod telefonem w drodze, słuchawki z asystentem głosowym i odczytem wiadomości są mniejszym złem niż pinzowanie wątku na zebrze. Mniejszym. Nie zerowym.
Checklista do kieszeni – dosłownie, możesz ją przejść dziś wieczorem:
- ☐ Czy w drodze do pracy telefon leży w kieszeni, czy w dłoni „na wszelki wypadek”?
- ☐ Czy mapa jest ustawiona przed wyjściem, czy poprawiana co dwa rogi?
- ☐ Czy na przejściu unosisz wzrok na kierowcę i czekasz, aż auto faktycznie stanie?
- ☐ Czy ANC jest wyłączone, gdy jesteś w ruchu?
- ☐ Czy po wejściu na jezdnię zdarzyło ci się w ciągu ostatniego tygodnia „obudzić się” już po środku?
- ☐ Czy ktoś z rodziny, dziecka, współpracownika zwrócił ci uwagę, że idziesz zygzakiem?
- ☐ Czy ból karku, barków albo głowy pojawia się po dojściu do biura, nie po ośmiu godzinach przy biurku?
- ☐ Czy panika przy rozładowanej baterii jest silniejsza niż dyskomfort?
Dwa ostatnie punkty nie dotyczą już samej zebry. Dotyczą progu, o którym za chwilę.
Kiedy wystarczy rytuał, a kiedy potrzebny jest specjalista
Większość ludzi nie potrzebuje gabinetu, żeby przestać być smombie na przejściu. Potrzebuje kieszeni, głosu zamiast mapy i zgody na to, że służbowa wiadomość poczeka dziewięćdziesiąt sekund. To nie heroizm. To higiena, podobna do zapinania pasów.
Samodzielnie dajesz radę, gdy problem jest sytuacyjny: wciąga cię ekran w drodze, ale po schowaniu telefonu funkcjonujesz, śpisz, pracujesz i nie wpadasz w panikę. Specjalista jest potrzebny, gdy telefon przestał być narzędziem, a stał się regulatorem lęku – i gdy wyjęcie go z ręki bolie bardziej niż bliskie hamowanie na zebrze.
Sygnały, przy których warto iść dalej niż do ustawień iOS czy Androida:
- powtarzające się wejścia na jezdnię „na autopilocie”, potknięcia, zderzenia, skargi bliskich;
- bezsenność, sprawdzanie telefonu w nocy, kłamstwa o czasie ekranowym;
- u dziecka lub nastolatka: wybuchy przy próbie limitu, wycofanie z relacji offline, spadek wyników w szkole;
- ból karku, drętwienie rąk, zawroty – tu wchodzi fizjoterapeuta albo lekarz, nie kolejny poradnik;
- nomofobia tak silna, że rozładowana bateria psuje dzień, spotkanie, nastrój.
W Polsce pierwszym krokiem bywa psycholog, czasem psychiatra, gdy dochodzi depresja albo lęk uogólniony. Dla nastolatków – pedagog, poradnia psychologiczno-pedagogiczna, a przy głębokim problemie ośrodki zajmujące się behawioralnymi uzależnieniami. Nikt rozsądny nie stawia diagnozy na podstawie jednego zygzaka na chodniku. Stawia ją na podstawie wzorca, który już kosztuje zdrowie albo bezpieczeństwo.
Rodzic, który sam idzie z nosem w mailu, a dziecku odbiera TikToka na zebrze, uczy czegoś odwrotnego, niż chce. Dzieci kopiują postawę karku szybciej niż regulamin. Najskuteczniejsza interwencja rodzinna, jaką widać w praktyce, nie zaczyna się od apki kontroli. Zaczyna się od dorosłego, który przed pasami chowa własny telefon. Reszta – limity, tryb nocny, wspólne trasy bez słuchawek – ma wtedy na czym stanąć.
Miasta będą dokładać diody, projekcje i, tu i ówdzie, mandaty. Producenci telefonów będą dokładać „wellbeing”. Aplikacje będą dokładać powiadomienia. W tej nierównowadze zostaje jedna rzecz, której nie da się wbudować w asfalt: decyzja, że krawężnik jest granicą. Nie moralną. Przestrzenną. Po jednej stronie masz prawo do Slacka, mapy i rolki. Po drugiej masz ciało w ruchu, w mieście, wśród ludzi, którzy hamują albo nie zdążą zahamować.
Jeśli po tym tekście zrobisz tylko jedną rzecz, niech to będzie kieszeń. Nie afirmacja, nie nowa apka, nie obietnica „od poniedziałku”. Kieszeń, zanim zielone się zapali. Reszta – kark, FOMO, sen, dziecko na hulajnodze – ustawia się później, gdy uwaga wróci na chodnik, a nie na prostokąt, który ten chodnik skutecznie wymazuje.