W 2025 roku deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych sięgnął 7,3 proc. PKB, czyli około 284 miliardów złotych. To drugi najwyższy wynik w całej Unii Europejskiej, zaraz za Rumunią pogrążoną w głębokim kryzysie makroekonomicznym. Jeszcze w 2022 roku wynosił 3,4 proc. PKB. W ciągu trzech lat skoczył więc o prawie 4 punkty procentowe, mimo że polska gospodarka rosła w tempie jednym z najwyższych w Europie.
Za tymi liczbami stoi nie tylko jednorazowy zjazd po pandemii czy wojnie w Ukrainie. To efekt strukturalnych decyzji po stronie wydatków – na obronę, świadczenia społeczne, wynagrodzenia w sferze budżetowej i łagodzenie szoków energetycznych – przy jednoczesnym słabszym niż oczekiwano wpływie z podatków, zwłaszcza VAT. Polska od lipca 2024 roku pozostaje objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu. Rada UE wyznaczyła termin likwidacji nadmiernego deficytu na 2028 rok. Dług sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii unijnej (EDP) zbliżył się do 59,7 proc. PKB na koniec 2025 roku i dalej rośnie.
Te liczby nie są abstrakcją. Przekładają się na przyszłe możliwości finansowania szkół, szpitali, dróg czy emerytur. Oznaczają wyższe koszty obsługi zadłużenia, które już w 2024 roku pochłonęły blisko 66 miliardów złotych. I rodzą pytanie, jak długo można utrzymywać taką trajektorię, zanim przestrzeń fiskalna się skurczy do niebezpiecznego poziomu.
Jak mierzy się deficyt budżetowy i dlaczego metodologie się różnią
Deficyt budżetowy to różnica między dochodami a wydatkami państwa w danym okresie. W Polsce najwięcej mówi się o dwóch ujęciach. Pierwsze to wynik budżetu państwa – czysto krajowa kategoria, która w 2024 roku zamknęła się kwotą około 211 miliardów złotych deficytu. Drugie, znacznie szersze, to deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych według metodologii ESA 2010 (Europejski System Rachunków Narodowych i Regionalnych). Obejmuje nie tylko budżet centralny, ale także fundusze celowe, agencje rządowe, jednostki samorządu terytorialnego i instytucje ubezpieczeń społecznych.
Różnica między tymi miarami bywa znacząca. W 2024 roku deficyt budżetu państwa był wyraźnie niższy niż deficyt całego sektora (6,4–6,6 proc. PKB). Wynika to między innymi z tego, że część wydatków realizowana jest poza budżetem państwa, a dochody z funduszy europejskich lub z transferów wewnętrznych zmieniają obraz. Unijna metodologia ESA 2010 jest bardziej rygorystyczna i porównywalna międzynarodowo – dlatego właśnie na jej podstawie Komisja Europejska i Rada UE oceniają, czy kraj łamie kryterium deficytu 3 proc. PKB z Traktatu z Maastricht.
Warto też rozróżniać deficyt nominalny od strukturalnego. Ten pierwszy uwzględnia wpływ cyklu koniunkturalnego. Deficyt strukturalny pokazuje, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby gospodarka działała na pełnych obrotach. W 2024 i 2025 roku deficyt strukturalny w Polsce przekraczał 6 proc. PKB – poziom wyższy niż w szczycie pandemii. To sygnał, że problem ma charakter nie tylko cykliczny, ale głęboko zakorzeniony w strukturze wydatków i dochodów.
Jak szybko zmieniała się sytuacja – spojrzenie historyczne
Jeszcze w 2018 i 2019 roku Polska miała niemal zrównoważony budżet lub minimalny deficyt. Relacja długu do PKB spadała. Pandemia COVID-19 zmieniła wszystko – w 2020 roku deficyt skoczył do 6,9 proc. PKB. Potem nastąpiło szybkie odbicie w 2021 (1,7 proc.), ale od 2022 roku deficyt znów zaczął rosnąć: 3,4 proc. w 2022, 5,2 proc. w 2023, 6,4–6,6 proc. w 2024 i aż 7,3 proc. w 2025.
| Rok | Deficyt sektora GG (% PKB) | Dług sektora GG (% PKB) | Główne czynniki |
|---|---|---|---|
| 2022 | -3,4 | 48,8 | Odbicie po pandemii, wojna w Ukrainie, tarcze energetyczne |
| 2023 | -5,2 | 49,5 | Wysokie wydatki socjalne i obronne, waloryzacje |
| 2024 | -6,4 do -6,6 | 54,8–55,3 | Pełna skala wydatków na obronę, niższe wpływy VAT |
| 2025 | -7,3 | 59,7 | Kontynuacja wysokiej dynamiki wydatków, rekordowy dług |
Dane na podstawie notyfikacji fiskalnych GUS i Eurostatu (kwiecień 2026). Wartości za 2024 i 2025 po rewizjach.
Wzrost długu o ponad 10 punktów procentowych PKB w zaledwie trzy lata to jeden z najszybszych skoków w Europie Środkowo-Wschodniej. Dla porównania – wiele krajów regionu utrzymało deficyt w granicach 2–5 proc. PKB w tym samym okresie.
Co naprawdę napędza dzisiejszą dziurę w finansach publicznych
Główne przyczyny nie sprowadzają się do jednego winowajcy. Po stronie wydatków dominują trzy bloki. Pierwszy to obronność – Polska przeznacza na nią jedną z najwyższych części PKB w NATO. Drugi to szeroko rozumiane wydatki socjalne: waloryzacje emerytur i rent, programy typu 800 plus, trzynaste i czternaste emerytury, podwyżki w sferze budżetowej (nauczyciele, służba zdrowia, administracja). Trzeci to koszty obsługi długu, które rosną wraz z poziomem zadłużenia i poziomem stóp procentowych.
Po stronie dochodów problemem okazały się niższe niż planowano wpływy z VAT. Konsumpcja prywatna rosła wolniej niż zakładano, a część ulg i zmian w systemie podatkowym zmniejszyła bazę podatkową. Do tego doszły jednorazowe czynniki, takie jak transfer części PIT do samorządów czy rozliczenia CIT.
Nie bez znaczenia pozostają też decyzje o finansowaniu poza budżetem państwa – przez BGK czy PFR – które później i tak wracają do sektora finansów publicznych w formie deficytu lub długu. W efekcie nominalny deficyt budżetu państwa w 2025 roku był niższy od limitu, ale cały sektor i tak zanotował rekordowy wynik ujemny.
Procedura nadmiernego deficytu – jak działa unijny mechanizm korekty
W lipcu 2024 roku Rada UE stwierdziła, że Polska ma nadmierny deficyt. W styczniu 2025 przyjęto rekomendację: Polska ma przywrócić deficyt poniżej 3 proc. PKB do 2028 roku. Jednocześnie ustalono maksymalne tempo wzrostu wydatków netto (pierwotnych, skorygowanych o wydatki na obronę powyżej pewnego progu) – 6,3 proc. w 2025, 4,4 proc. w 2026, 4,0 proc. w 2027 i 3,5 proc. w 2028.
To nie jest zwykła sugestia. Procedura oznacza regularne monitorowanie przez Komisję Europejską, obowiązek składania sprawozdań z postępów i ryzyko sankcji w przypadku braku działań. Nowe unijne ramy fiskalne dają jednak więcej elastyczności niż stare – pozwalają rozłożyć dostosowanie na kilka lat i uwzględnić inwestycje w obronę czy transformację energetyczną.
Dla Polski kluczowe będzie przestrzeganie ścieżki wydatków netto. Jeśli wydatki będą rosły szybciej, deficyt może nie spaść wystarczająco szybko, a dług zacznie wymykać się spod kontroli.
Dług publiczny – granice, które naprawdę mają znaczenie
Polska konstytucja mówi o limicie 60 proc. PKB dla państwowego długu publicznego (liczonego według innej metodologii niż unijna). W 2025 roku dług EDP wyniósł 59,7 proc. PKB i według prognoz MF oraz Komisji ma dalej rosnąć – do około 65 proc. w 2026 i wyżej w kolejnych latach.
Przekroczenie 55 proc. uruchamia automatyczne mechanizmy ostrożnościowe (m.in. obowiązek uchwalenia budżetu bez deficytu lub z obniżką relacji długu). Przekroczenie 60 proc. – jeszcze surowsze sankcje krajowe. Różnica między metodologią krajową a unijną sprawia, że formalnie konstytucyjny limit nie został jeszcze przekroczony, ale margines bezpieczeństwa topnieje w oczach.
Koszty obsługi długu już teraz stanowią istotną pozycję wydatków. Przy dalszym wzroście zadłużenia i utrzymaniu się relatywnie wysokich stóp procentowych ta pozycja będzie pochłaniać coraz większą część budżetu – pieniądze, które mogłyby pójść na inwestycje lub obniżki podatków.
Co to oznacza dla gospodarki i zwykłych Polaków
Wysoki deficyt przy dobrej koniunkturze to marnowana okazja do budowy bufora na gorsze czasy. Gdy przyjdzie spowolnienie lub kolejny szok zewnętrzny, przestrzeń do reakcji fiskalnej będzie znacznie mniejsza. Wyższe koszty obsługi długu oznaczają mniej pieniędzy na cele publiczne. Rosnący dług może wpływać na ocenę wiarygodności kredytowej Polski przez agencje ratingowe, a w konsekwencji na koszty finansowania dla całego państwa, firm i gospodarstw domowych.
Dla przedsiębiorców oznacza to wyższe ryzyko związane z przyszłymi podatkami lub cięciami wydatków. Dla rodzin – niepewność co do stabilności świadczeń społecznych w perspektywie 10–15 lat, gdy demografia będzie wywierać jeszcze większą presję na system emerytalny. Dla inwestorów zagranicznych – sygnał, że Polska musi w końcu przeprowadzić poważną konsolidację fiskalną.
Nie oznacza to katastrofy. Polska gospodarka jest odporna, ma silny rynek pracy i napływ funduszy unijnych. Ale im później zacznie się realne ograniczanie nierównowagi, tym bardziej bolesne będą konieczne dostosowania później.
Perspektywy na 2026 rok i dalej – co mówią oficjalne plany
Ustawa budżetowa na 2026 rok zakłada deficyt budżetu państwa na poziomie nieprzekraczającym 271,7 miliarda złotych. Deficyt całego sektora ma według prognoz wynieść około 6,5 proc. PKB – nieco mniej niż w 2025, ale nadal bardzo wysoki. Po pięciu miesiącach 2026 roku deficyt budżetu państwa przekroczył już 108 miliardów złotych – niemal identycznie jak rok wcześniej.
Rząd deklaruje, że chce stopniowo obniżać deficyt, korzystając z dobrej koniunktury i napływu środków unijnych. Kluczowe będzie jednak to, czy uda się utrzymać tempo wzrostu wydatków netto w granicach wyznaczonych przez Radę UE. Bez dodatkowych działań po stronie dochodów (uszczelnianie, reforma podatkowa) lub realnego przeglądu wydatków szansa na zejście poniżej 3 proc. PKB do 2028 roku pozostaje ograniczona.
Co można zrobić, żeby sytuacja się poprawiła
Doświadczenia innych krajów pokazują, że skuteczna konsolidacja fiskalna wymaga połączenia kilku elementów. Po pierwsze – wiarygodnego, wieloletniego planu, który nie będzie co roku nowelizowany w górę. Po drugie – skupienia się na jakości wydatków: więcej inwestycji produkcyjnych, mniej transferów o niskiej efektywności ekonomicznej. Po trzecie – działań po stronie dochodów, które nie duszą wzrostu (np. uszczelnianie VAT, racjonalizacja ulg).
Polska ma atuty: silny wzrost gospodarczy, napływ kapitału unijnego, relatywnie młody kapitał ludzki. Wykorzystanie ich do trwałego obniżenia deficytu strukturalnego to największe wyzwanie najbliższych lat. Bez tego deficyt budżetowy Polska pozostanie jedną z największych bolączek finansów publicznych w Unii – nie dlatego, że gospodarka słabnie, ale dlatego, że wydatki rosną szybciej niż możliwości ich finansowania w sposób zrównoważony.
Rozmowa o deficycie nie kończy się na liczbach z GUS czy Komisji Europejskiej. Kończy się na pytaniu, jaką Polskę zostawimy następnym pokoleniom – z przestrzenią do reagowania na kryzysy czy z długiem, który będzie ograniczał wybory przez dekady.